Serwer w firmie czy chmura: ile to kosztuje w pięciu latach
Rachunek za własny serwer składa się z sześciu pozycji, z których w ofercie widać zwykle tylko pierwszą. Tu są wszystkie sześć z publicznymi cenami — i oszczędność podatkowa, którą w Polsce liczy się inaczej, niż obiecuje prezentacja.
Rachunek za własny serwer składa się z sześciu pozycji, z których w ofercie widać zwykle tylko pierwszą. Tu są wszystkie sześć z publicznymi cenami — i oszczędność podatkowa, którą w Polsce liczy się inaczej, niż obiecuje prezentacja.
„Własnego serwera już nie ma, wszystko trzymamy w chmurze” i „własny serwer w pięciu latach się zwraca” to dwa zdania, które w tym samym tygodniu można usłyszeć od dwóch osób, które obie pracują przy komputerach i obie są pewne swego. Najciekawsze jest to, że niemal nikt z nich nie policzył do końca ani jednego, ani drugiego wariantu, bo rachunek składa się z sześciu pozycji, z których w ofercie widać zwykle tylko pierwszą.
Ten artykuł liczy obie strony pytania „serwer w firmie czy chmura” z publicznymi cenami i nazywa też tę pozycję, którą w Polsce najczęściej liczy się źle — oszczędność podatkową, której przy ryczałcie od dochodów spółek po prostu nie ma, a przy klasycznym CIT jest ułamkiem ceny maszyny, nie jej całością. Nie chodzi o to, jakiego planu hostingu potrzebuje strona internetowa; na to pytanie odpowiada osobny artykuł o hostingu współdzielonym, VPS i serwerze w chmurze — tu są systemy firmy, jedna fizyczna maszyna i pytanie, czy ją kupić, czy wynająć.
Serwer w firmie czy chmura: co dokładnie porównujemy i z czego składa się rachunek
Porównanie dotyczy maszyny, którą przedsiębiorstwo kupuje i stawia u siebie, oraz równoważnej maszyny, którą wynajmuje z centrum danych, w obu przypadkach patrząc pięć lat do przodu. Pięcioletnie okno nie jest wybrane dowolnie — to przybliżony czas, po którym serwer wypada z gwarancji i zaczyna wymagać decyzji, i to także czas, w którym opłaty za wynajem zdążą zsumować się do rzędu ceny zakupu. Krótsze okno zawsze wygląda korzystnie dla wynajmu, dłuższe zawsze wygląda korzystnie dla zakupu, dlatego każdy taki rachunek trzeba czytać razem z jego okresem.
Pozycji jest sześć, i tylko pierwsza zwykle trafia do prezentacji: cena sprzętu, prąd, miejsce i jego chłodzenie, licencje na oprogramowanie, jeśli w ogóle są potrzebne, czas człowieka, który utrzymuje system, aktualizuje go i reaguje, gdy coś padnie w piątkowy wieczór, i wreszcie gwarancja wraz z tym, co dzieje się po jej końcu. Po stronie wynajmu pierwsze trzy pozycje są w cenie, czwarta zwykle nie, piąta zależy od tego, ile pracy jest w umowie, a szósta po prostu znika, bo sprzęt nie jest Państwa. Cały ten rachunek, nie cena z konfiguratora, jest tym, co w branży nazywa się TCO (całkowity koszt posiadania).
Dalej przy każdej pozycji stoi prawdziwa liczba z publicznego źródła, a tam, gdzie uczciwej liczby nie ma, jest to powiedziane wprost. Dwóch z sześciu pozycji nie da się zamknąć publicznymi źródłami, i to nie jest wada rachunku, tylko najważniejsza rzecz, której można się z takiego porównania nauczyć — mianowicie to, że największa niepewność siedzi właśnie w tych pozycjach, które zwykle wypełnia się wyczuciem.
Jeszcze jedna rzecz, którą warto położyć na stół przed liczeniem: obie strony nie są tym samym produktem, nawet jeśli specyfikacja się zgadza. Kupując maszynę, przedsiębiorstwo dostaje własność, którą można przekonfigurować, przenieść albo sprzedać, i jednocześnie bierze na siebie wszystko, co może się z nią stać, a wynajmując, dostaje usługę z określoną granicą odpowiedzialności i traci możliwość rozporządzania sprzętem według własnego uznania. W tabeli ta różnica się nie pojawia, bo nie jest w pieniądzu, a jednak to właśnie ona rozstrzyga większość prawdziwych decyzji, i dlatego uczciwie jest ją nazwać przed liczbami.
Cena sprzętu, którą widać od razu i która nie jest tą z reklamy
Dell PowerEdge T360 to typowa jednoprocesorowa maszyna wieżowa, którą mała firma kupiłaby do swojej serwerowni, i w amerykańskim sklepie Della zaczyna się od 5599 dolarów, ale ta konfiguracja to jeden czterordzeniowy Xeon E-2414, jedna 32-gigabajtowa kość pamięci, jeden dwuterabajtowy dysk i — to jest najważniejsze — jeden rok podstawowego wsparcia. W irlandzkim konfiguratorze Della podobna, tylko realistyczniej złożona maszyna z dwoma zasilaczami, kontrolerem RAID i czterdziestoma miesiącami wsparcia kosztuje 10 982,22 € bez VAT.
Różnica między tymi dwiema liczbami nie jest rabatem, tylko dwiema różnymi maszynami, i właśnie tu powstaje większość nieuczciwych porównań. Przedłużenie wsparcia z poziomu podstawowego na taki, w którym technik przychodzi następnego dnia roboczego, w tym samym konfiguratorze kosztuje jeszcze 658,57 €, a reakcja w cztery godziny — 1333,66 €, przy czym maksymalny oferowany okres to pięć lat. HPE w swoim sklepie pokazuje tę samą klasę i za 7017, i za 3590 dolarów w dwóch różnych miejscach własnej witryny, co jest dobrym przypomnieniem: cena „od” przy serwerach nie jest ceną, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć konfigurator.
Praktyczna kolejność jest więc odwrotna od zwyczajowej: najpierw zapisuje się, co maszyna ma robić i jak długo ma być na gwarancji, potem składa się to w konfiguratorze ze wszystkimi pozycjami, i dopiero uzyskana liczba jest tą, którą wolno porównywać z ceną wynajmu. Po stronie zakupu jest jeszcze jedna pozycja, której w tej chwili nikt nie widzi — co się dzieje w szóstym roku, gdy gwarancja się skończyła i dysk pada w sobotę w nocy.
W konfiguratorze stoją też pozycje, które zmieniają cenę bardziej niż procesor, i te zwykle wybiera się z przyzwyczajenia. Dwa zasilacze w obudowie z wymianą na gorąco w tej samej konfiguracji Della kosztują o 507,12 € więcej niż prostsza para i o 714,63 € więcej niż jeden zasilacz bez redundancji; zmiana kontrolera RAID na prostszy model odejmuje 1982,02 €. Żadna z tych decyzji nie jest sama w sobie poprawna ani błędna, ale redundantne zasilacze razem z kontrolerem RAID to około 23 procent ceny maszyny, i warto je podjąć świadomie, a nie zostawić tak, jak konfigurator je złożył domyślnie.
Prąd, w którym ważniejszy jest zakres zużycia, nie cena
Ceny prądu dla przedsiębiorstw publikuje Eurostat, i jest tam jeden szczegół, który zmienia wynik prawie dwukrotnie: ceny są pogrupowane według zakresów rocznego zużycia, a jeden serwer, który ciągnie pięćdziesiąt watów bez przerwy, zjada w roku około 0,44 megawatogodziny — to znaczy wpada do najmniejszego zakresu, nie do tego, o którym piszą nagłówki. W Polsce w drugiej połowie zeszłego roku w najmniejszym zakresie zużycia przedsiębiorstwo płaciło 0,3576 € za kilowatogodzinę bez odliczanego VAT, a w średnim zakresie zużycia — 0,1935 €.
Różnica wynosi 1,8 raza, i to jest właśnie to miejsce, w którym dobrze pomyślany rachunek staje się nieuczciwy: jeśli liczby wstawi się do właściwego zakresu zużycia, serwer, którego moc cieplna procesora wynosi 55 watów, kosztuje w prądzie około 172 € rocznie i około 860 € w pięciu latach. To niewiele wobec ceny sprzętu, i właśnie dlatego tę pozycję warto policzyć uczciwie, a nie pominąć: to nie jest pozycja, która rozstrzyga decyzję, a rachunek, w którym jest nadmuchana, traci wiarygodność także w pozostałych pozycjach.
Kolejny błąd w tej pozycji to moc zasilacza: w instrukcji instalacyjnej Della jest wprost napisane, że obliczenie ciepła prowadzi się według znamionowej mocy zasilacza i że zużycie trzeba sprawdzić w Dell Energy Smart Solution Advisor, więc zasilacz 450 watów nie oznacza rachunku na 450 watów. Moc cieplna procesorów w tym samym konfiguratorze waha się od 35 do 95 watów, i to też nie jest zużycie, tylko najbliższa publiczna wartość przybliżona, jaką podaje producent.
Jeszcze jeden powód, żeby policzyć tę pozycję samemu, jest taki, że w Europie ceny różnią się więcej niż trzykrotnie. W tym samym okresie w paśmie średnim w Finlandii przedsiębiorstwo płaciło 0,0748 € za kilowatogodzinę, w Szwecji 0,0970 €, a w Irlandii 0,2552 € i w Niemczech 0,2264 €, podczas gdy średnia Unii Europejskiej wynosiła 0,1837 €. To znaczy, że jeden i ten sam rachunek w Helsinkach i we Frankfurcie daje różne odpowiedzi, i właśnie dlatego centra danych w krajach nordyckich istnieją — ale też to, że porównanie zrobione w obcym kraju w Państwa sytuacji może być po prostu błędne.
Miejsce i chłodzenie, gdzie uczciwa odpowiedź brzmi „nie wiemy”
Pozycję chłodzenia zwykle wypełnia się liczbą zwaną PUE — stosunkiem tego, co zużywa całe centrum danych, do tego, co zużywa sama technika. W corocznym badaniu Uptime Institute, w którym w zeszłym roku wzięło udział 681 centrów danych, ten stosunek wynosił średnio 1,54, a w obiektach oddanych w ostatnich pięciu latach — 1,48. Te liczby są poprawne i pożyteczne, ale opisują profesjonalnie zbudowane sale, nie szafę na końcu korytarza z klimatyzatorem split.
Dla szafy z klimatyzatorem publicznego PUE nie ma, i my go tu nie wymyślimy, a w praktyce oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, jeśli maszyna stoi w biurze, koszt chłodzenia trzeba zmierzyć samemu — najprostszy sposób to porównać rachunek za prąd latem i zimą. Po drugie, miejsce ma koszty, które nie są prądem: powierzchnię, którą inaczej by się wykorzystało, zasilacz awaryjny z akumulatorami, które same trzeba wymieniać, i to, że ktoś odpowiada za temperaturę także w czasie urlopu. Te koszty nie są duże, ale nie są zerem, a po stronie wynajmu nie ma ich w ogóle.
Jest też jeden koszt miejsca, którego nie da się wyrazić w pieniądzu, a który jednak jest prawdziwy: hałas i ciepło w biurze, w którym pracują ludzie. Wentylatory serwera pod obciążeniem są głośne, i to jedna z najczęstszych praktycznych skarg w małej firmie, która postawiła maszynę obok stanowisk. W centrum danych tego problemu nie ma nikt, a w domu zwykle się do niego przyzwyczaja, znajdując mu jakąś szafę — która potem jest dokładnie tym miejscem, dla którego nie ma ani zmierzonej temperatury, ani policzonego chłodzenia.
Czas człowieka, którego nie ma w żadnym cenniku
Piąta pozycja to ta, którą w porównaniach pomija się najczęściej, bo nie ma publicznej ceny: ktoś aktualizuje system operacyjny, sprawdza, czy kopie zapasowe naprawdę się odtwarzają, śledzi stan dysku i jest dostępny wtedy, gdy coś pada poza godzinami pracy. Ta praca istnieje po obu stronach, jeśli maszyna jest niezarządzana, i znika dopiero wtedy, gdy kupiono ją razem z serwerem jako usługę.
Uczciwie jest powiedzieć, że publicznej stawki godzinowej polskiego administratora systemów nie znaleźliśmy i nie wymyślimy, a co możemy nazwać, to naszą własną opublikowaną stawkę za pracę deweloperską — 50 € za godzinę — i tu nadaje się ona tylko jako skala, nie jako rynkowa cena administrowania. Przy tej skali dwie godziny miesięcznie to 6000 € w pięciu latach, a pięć godzin miesięcznie to już 15 000 €, czyli wielokrotnie więcej niż cały prąd i więcej niż sama złożona maszyna wieżowa przed licencjami.
Właśnie ta pozycja najczęściej odwraca wynik: po stronie zakupu jest niewidoczna, bo pracę wykonuje człowiek, który i tak jest na liście płac, i dlatego nie pojawia się w żadnej tabeli; po stronie wynajmu jest albo tak samo niewidoczna, albo wliczona w cenę i dlatego widoczna. Porównanie, w którym jedna strona pokazuje tę pozycję, a druga ją ukrywa, nie jest porównaniem — i to najczęstszy sposób, w jaki własny serwer w tabeli wygląda taniej, niż wychodzi w praktyce.
Do tej pozycji należy też jeden mniej oczywisty koszt — zastępowalność, bo jeśli serwer zna jeden człowiek i ten człowiek odchodzi albo choruje, wiedza o tym, jak maszyna jest złożona, odchodzi razem z nim, a następny zaczyna od śledztwa. Cena tego rozwiązania pojawia się tylko raz i zwykle w najgorszym możliwym tygodniu, więc nie da się jej policzyć z góry; co się da, to wymagać, żeby konfiguracja była zapisana, a odtwarzanie kopii zapasowych sprawdzane według harmonogramu, nie z pamięci.
Licencje to miejsce, w którym własny serwer nagle kosztuje albo nagle oszczędza
Jeśli system działa na Linuxie z PostgreSQL albo MariaDB, pozycji licencji nie ma w ogóle, a jedynym kosztem jest człowiek, który to utrzymuje. Jeśli system wymaga Windows Server, pozycja się pojawia i jest większa, niż wygląda: licencjonuje się według rdzeni, minimum to osiem licencji na rdzeń na procesor i szesnaście na serwer nawet wtedy, gdy procesor jest jeden, a dodatkowo każdemu użytkownikowi albo urządzeniu potrzebna jest licencja dostępowa CAL. Microsoft w swoim cenniku podaje zalecaną cenę detaliczną 1176 dolarów za szesnaście licencji na rdzeń, ale Dell w tym samym konfiguratorze sprzedaje ten sam produkt za 1571,33 €.
Licencja na bazę jest jeszcze ostrzejsza: SQL Server w edycji Standard w cenniku Microsoftu kosztuje 3945 dolarów za pakiet dwóch rdzeni, a minimum to cztery licencje na fizyczny procesor, więc najniższy możliwy rachunek to 7890 dolarów. W modelu fizycznych rdzeni edycja Standard pokrywa tylko środowisko fizyczne, nie maszyny wirtualne na nim, a licencjonowanie według środowiska wirtualnego z minimum czterema licencjami na każde jest osobną drogą, dostępną tylko z Software Assurance albo subskrypcją. Argument za własnym sprzętem przychodzi z Windows Server, gdzie obowiązuje inna zasada: szesnaście licencji na rdzeń, przypisanych fizycznej maszynie, pokrywa hosta Hyper-V i dwie maszyny wirtualne, natomiast czterem dwurdzeniowym maszynom w chmurze, licencjonowanym każdej z osobna, potrzeba trzydziestu dwóch licencji na rdzeń, bo minimum wynosi tam osiem na maszynę.
To nie jest opowieść i nie jest uogólnienie, tylko zasada licencyjna producenta, którą można przeczytać w jego własnym dokumencie. Właśnie dlatego pozycję licencji trzeba policzyć przed wszystkim innym: jeśli odpowiedzią jest Linux, jest zerem po obu stronach i niczego nie rozstrzyga, ale jeśli odpowiedzią jest Windows razem z SQL Server, licencje mogą być największą pozycją w całej pięcioletniej tabeli i mogą przeważyć zarówno cenę sprzętu, jak i opłatę za wynajem.
Licencje dostępowe CAL to osobna pozycja, którą łatwo zapomnieć, bo rośnie wraz z firmą: w tym samym konfiguratorze Della jedna licencja dostępowa CAL Windows Server na użytkownika kosztuje 87,82 €, a na urządzenie 68,88 €, więc biuru dwudziestu pracowników wychodzi około 1750 € ponad cenę serwera i systemu operacyjnego. Tych licencji Windows Server wymaga dodatkowo obok licencji na rdzeń, nie zamiast nich, a SQL Server w edycji Standard ma w cenniku Microsoftu także drugi model — licencję serwerową 989 dolarów plus licencję dostępową 230 dolarów na każdego, i wobec czterordzeniowego minimum 7890 dolarów jest to korzystniejsze mniej więcej do trzydziestu użytkowników. Ta granica nie jest nigdzie zapisana jako zalecenie, tylko zwykłe dzielenie, które można zrobić samemu.
Strona wynajmu z prawdziwymi cenami, nie z okrągłą liczbą
Po stronie wynajmu ceny są publiczne i można je złożyć na papierze w tej samej minucie: serwer dedykowany Hetzner AX42 z ośmiordzeniowym procesorem, 64 gigabajtami pamięci i dwoma dyskami NVMe kosztuje 97,30 € miesięcznie bez podatku, plus 1,70 € za adres i 49 € jednorazowego uruchomienia, co w pięciu latach daje 5989 €. OVH Advance-1 w równoważnej generacji kosztuje 159,99 € miesięcznie z tak samo dużą opłatą uruchomieniową, co w pięciu latach daje 9759,39 €, a Scaleway podobną maszynę oferuje za 89,99 € miesięcznie.
Przy tych liczbach są dwie uwagi, bez których porównanie nie jest uczciwe. Pierwsza jest taka, że to maszyny niezarządzane: centrum danych gwarantuje, że sprzęt działa i sieć jest, ale system operacyjny aktualizuje, kopie sprawdza i incydenty rozwiązuje Państwa człowiek. Druga: najtańsze pozycje z cennika nie są porównywalnymi maszynami — serwer za pięć euro z dwoma rdzeniami i czterema gigabajtami pamięci to zupełnie inna klasa, i wstawienie go do tabeli naprzeciw maszyny wieżowej za dziesięć tysięcy euro oznacza porównywanie cen, nie rozwiązań.
Nasza własna cena zarządzanego hostingu i wynajmu serwerów zaczyna się od 45 € miesięcznie, co w pięciu latach daje 2700 €, ale to trzeci produkt, nie tańsza wersja dwóch pierwszych. W tej cenie jest też to, co na niezarządzanej maszynie robi Państwa człowiek: aktualizacje systemu operacyjnego, konfiguracja bezpieczeństwa, codzienne kopie zapasowe z przechowywaniem przez trzydzieści dni, monitoring przez całą dobę i jeden odpowiedzialny człowiek. Porównując te trzy ceny między sobą, porównujemy różny zakres pracy, nie różny sprzęt.
Po stronie wynajmu są też dwie pozycje, które w cenniku stoją drobnym drukiem i które mogą rozstrzygać, jeśli system wysyła dużo danych. Pierwsza to ruch wychodzący: na serwerach dedykowanych bywa zwykle nielimitowany, ale przy szybszym łączu już tak nie jest i powyżej określonego wolumenu zaczyna się płacić za terabajt. Druga to opłata uruchomieniowa, która u części dostawców równa się opłacie miesięcznej i tego lata została podniesiona. Logika AWS jest jeszcze inna — pierwsze sto gigabajtów miesięcznie do internetu jest bezpłatne, a potem płaci się za każdy gigabajt, co dla witryny nic nie znaczy, ale dla wymiany danych między systemami znaczy bardzo dużo.
Gdzie argument podatkowy nie działa tak, jak obiecuje prezentacja
Najczęściej słyszany argument za zakupem brzmi tak: serwer to środek trwały, amortyzuje się go przez kilka lat, a ta amortyzacja zmniejsza dochód, a więc i podatek. W Polsce dla spółki z ograniczoną odpowiedzialnością to zdanie jest albo prawie prawdziwe, albo całkowicie fałszywe — zależy od formy opodatkowania. Przy klasycznym CIT podatek liczy się od dochodu, czyli przychodów pomniejszonych o koszty, i odpisy amortyzacyjne są kosztem uzyskania przychodów na podstawie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Przy ryczałcie od dochodów spółek konstrukcja jest inna: opodatkowaniu podlega zysk przeznaczony do wypłaty udziałowcom oraz świadczenia do niego zrównane, nie dochód roku, więc stawek amortyzacyjnych nie ma w tym rozliczeniu czym zastosować.
W praktyce oznacza to, że zakup serwera z niepodzielonego zysku przy ryczałcie od dochodów spółek nie jest zdarzeniem podatkowym, ale też nie tworzy oszczędności, którą dałoby się wpisać do pięcioletniej tabeli. Przy klasycznym CIT oszczędność istnieje, tylko nie jest ceną maszyny: to stawka podatku — 19 procent, albo 9 procent dla małego podatnika — pomnożona przez odpisy, rozłożona na okres amortyzacji, podczas gdy gotówka wyszła z firmy pierwszego dnia. Stawka z Wykazu rocznych stawek amortyzacyjnych dla zespołów komputerowych (KŚT 487) wynosi 30 procent rocznie, czyli około trzech lat i czterech miesięcy, nie pięciu; dla maszyn poddanych szybkiemu postępowi technicznemu ustawa dopuszcza współczynnik nie wyższy niż 2,0. Inny często cytowany symbol, KŚT 491, pochodzi z klasyfikacji, która już nie obowiązuje.
Pięcioletni okres ekonomicznej użyteczności komputerów w polskich dokumentach naprawdę się pojawia, tylko nie w tym miejscu, w którym stawia go prezentacja. W ewidencji rachunkowej okres ten ustala sama jednostka, według przewidywanego czasu używania, i nie musi pokrywać się ze stawką podatkową. Dlatego jeśli w ofercie albo prezentacji stoi pozycja „oszczędność podatkowa z amortyzacji”, trzeba dopytać dokładnie: na podstawie której ustawy, dla jakiego podatnika i według jakiej stawki. Przy ryczałcie od dochodów spółek odpowiedzi najczęściej nie ma i tę pozycję w tabeli trzeba po prostu skreślić, a przy klasycznym CIT pozycja istnieje, ale jest ułamkiem ceny zakupu, nie jej całością.
Z tego nie wynika, że zakup w Polsce jest niekorzystny — wynika tylko to, że przewaga leży gdzie indziej, niż obiecuje slajd. Przy ryczałcie od dochodów spółek zysk, który zostaje w spółce i jest inwestowany w działalność, nie podlega opodatkowaniu, a serwer jest właśnie taką inwestycją. To argument o przepływach pieniężnych, nie o oszczędności podatkowej, i różnica między tymi dwoma sformułowaniami polega na tym, że pierwsze jest prawdziwe, a drugie rodzi oczekiwanie kwoty, której nie będzie. W rachunkowości amortyzację, oczywiście, nadal się liczy do sprawozdania finansowego; przy klasycznym CIT odpisy podatkowe pomniejszają podatek, przy ryczałcie — nie, i tych dwóch reżimów nie wolno mieszać w jednej tabeli.
Kiedy własny serwer jednak wygrywa
Pierwszy i najjaśniejszy przypadek to licencjonowanie, o którym była mowa wyżej: jeśli obciążenie wymaga wielu rdzeni, a oprogramowanie licencjonuje się według nich, jedna fizyczna maszyna, licencjonowana raz, może kosztować istotnie mniej niż ta sama moc rozłożona na kilka maszyn wirtualnych. To nie jest przybliżone rozważanie, tylko arytmetyka na opublikowanych zasadach producenta, i trzeba ją policzyć przed wyborem platformy, nie po.
Drugi to wymóg co do lokalizacji danych, i tu warto być precyzyjnym: RODO reguluje przekazywanie danych poza Europejski Obszar Gospodarczy, więc serwer w Niemczech albo w Finlandii spełnia je tak samo jak serwer w Warszawie, a zdanie „rozporządzenie wymaga serwera w Polsce” nie jest prawdziwe. Konkretnego kraju może wymagać umowa albo specyfikacja zamówienia, i wtedy źródłem jest ten dokument, nie rozporządzenie w ogóle, a wymóg konkretnego miejsca ogranicza lokalizację, nie własność: da się go spełnić także po stronie wynajmu. U nas maszyny stoją we Frankfurcie, Helsinkach albo Rydze — wszystkie w EOG — a jeśli dokument nazywa akurat Polskę, to już inny warunek niż RODO i trzeba go sprawdzić w ofercie.
Trzeci to odległość do urządzeń: jeśli system steruje linią produkcyjną, a czas reakcji mierzy się w milisekundach, maszyna na hali obok urządzeń jest uzasadniona inżyniersko, i tego argumentu nie kwestionujemy. Uczciwie jest też powiedzieć, że publicznego dokumentu, który ująłby ten wymóg liczbowo w przypadku ogólnym, nie znaleźliśmy, więc warto traktować go jako przesłankę inżynierską, którą potwierdza konkretny zakład, nie jako przepis.
Czwarty jest zwykłym przypadkiem pieniężnym: jeśli serwer kupiono dwa lata temu, a gwarancję opłacono na pięć, to pozostałe trzy lata są już zapłacone i przejście na wynajem po prostu je wyrzuca. To ważny argument o przepływach pieniężnych, tylko nie argument podatkowy, i te dwa zwykło się mylić właśnie dlatego, że w księgowości pojawiają się w jednej tabeli.
Jak policzyć własną liczbę, zamiast brać cudzą
Rachunek, który coś rozstrzyga, zaczyna się od konfiguracji, nie od ceny, więc proszę zapisać, ile rdzeni, ile pamięci i ile miejsca na dysku system naprawdę potrzebuje dziś i ile będzie potrzebował za trzy lata, i dopiero potem szukać cen — jednej w konfiguratorze producenta ze wszystkimi pozycjami wsparcia, drugiej w cenniku centrum danych dla tej samej specyfikacji. Te dwie liczby są jedynymi, które da się porównywać wprost, i zwykle leżą bliżej siebie, niż się spodziewano.
Potem dolicza się pozostałe pięć pozycji do obu stron, w tym te dwie, których nie da się zamknąć publicznym źródłem, i zapisuje, przy jakim założeniu je wypełniono. Jeśli wynik zmienia się po zmianie jednego założenia, decyzję rozstrzyga właśnie to założenie, nie serwer — i wtedy warto sprawdzić założenie, a nie wybierać platformę. To jest też jedyne miejsce, od którego zalecamy zacząć: nie od pytania „kupić czy wynająć”, tylko od pytania „która pozycja w tej tabeli jest największa”.
Jest też jedna kontrola, która zajmuje pięć minut i chroni przed największym błędem: proszę wziąć gotową tabelę i zapytać, w której pozycji stoi założenie, nie cena. Jeśli okaże się, że rozstrzygająca pozycja to czas człowieka albo chłodzenie, decyzja naprawdę nie dotyczy serwera, tylko tego, ile pracy przedsiębiorstwo chce trzymać u siebie, a na to pytanie nie odpowiada żaden cennik. Jeśli rozstrzygająca pozycja to licencje, decyzja dotyczy oprogramowania, nie sprzętu, i da się ją sprawdzić, zanim w ogóle wybierze się, gdzie maszyna będzie stała.
Jeśli mają Państwo konfigurację i potrzebują krótkiej, porównywalnej oferty z wliczoną pracą i bez ukrytych pozycji, proszę do nas napisać. Jeśli decyzja zapadła już na korzyść własnego sprzętu, nie zmienia to niczego z poprzedniego — sześć pozycji pozostaje bez zmian, tylko teraz wszystkie są po Państwa stronie tabeli.
Często zadawane pytania.
Ile kosztuje serwer dla firmy?
Zależy od konfiguracji bardziej niż od producenta, a różnica między ceną z reklamy a złożoną maszyną jest dwukrotna. Jednoprocesorowy serwer wieżowy Della w amerykańskim sklepie zaczyna się od 5599 dolarów, ale ta konfiguracja to jeden dysk, jedna kość pamięci i rok wsparcia; ta sama maszyna z dwoma zasilaczami, kontrolerem RAID i czterdziestoma miesiącami wsparcia w irlandzkim konfiguratorze Della kosztuje 10 982,22 € bez VAT. Dlatego żadna liczba, która nie pochodzi z konfiguratora ze wszystkimi pozycjami, do porównania się nie nadaje.
Serwer w firmie czy chmura: co jest tańsze?
W pięciu latach obie strony zwykle leżą bliżej siebie, niż się spodziewano, i rozstrzygają nie cena sprzętu, tylko licencje i czas człowieka. Serwer dedykowany z ośmiordzeniowym procesorem i 64 gigabajtami pamięci w cenniku Hetznera kosztuje w pięciu latach 5989 € bez podatku, OVH w równoważnej generacji 9759,39 €, a złożona maszyna Della ze wsparciem — około 11 640 € przed systemem operacyjnym i przed każdą godziną człowieka. Jeśli oprogramowanie licencjonuje się według rdzeni, rachunek może się odwrócić na korzyść własnej maszyny.
Czy serwer można amortyzować i w ten sposób zaoszczędzić na podatkach?
Przy ryczałcie od dochodów spółek — nie, i to najczęstszy błąd w tych rachunkach. Ryczałt płaci się od zysku przeznaczonego do wypłaty, nie od dochodu roku, więc amortyzacja należnego podatku nie zmniejsza. Przy klasycznym CIT odpisy są kosztem i podatek zmniejszają, ale o stawkę 19 albo 9 procent od odpisów, nie o cenę maszyny. Stawka z Wykazu dla zespołów komputerowych (KŚT 487) to 30 procent rocznie. Prawdziwy argument przy ryczałcie jest inny: zysk, który zostaje w spółce i jest inwestowany, nie jest opodatkowany.
Ile prądu zużywa jeden serwer?
Mniej, niż pokazuje moc zasilacza, i to pierwszy błąd w tej pozycji. Dell w instrukcji wprost podaje, że obliczenie ciepła prowadzi się według znamionowej mocy zasilacza i że zużycie trzeba sprawdzić osobno, więc zasilacz 450 watów nie oznacza rachunku na 450 watów. Drugi błąd to zakres zużycia: jeden serwer zjada w roku mniej niż jedną megawatogodzinę i dlatego wpada do najmniejszego zakresu zużycia, w którym w Polsce kilowatogodzina kosztowała 0,3576 €, nie 0,1935 € jak w średnim zakresie.
Kiedy własny serwer jest lepszym wyborem?
Najczęściej wtedy, gdy w grę wchodzi Windows Server Standard: szesnaście licencji na rdzeń, przypisanych fizycznej maszynie, pokrywa hosta i dwie maszyny wirtualne, natomiast czterem dwurdzeniowym maszynom w chmurze, licencjonowanym każdej z osobna, potrzeba trzydziestu dwóch licencji na rdzeń, bo minimum wynosi osiem na maszynę. SQL Server w edycji Standard w modelu fizycznych rdzeni pokrywa tylko środowisko fizyczne, a licencjonowanie według środowiska wirtualnego to osobna droga z subskrypcją. Drugi przypadek to zakład, w którym czas reakcji mierzy się w milisekundach. Umowa albo specyfikacja zamówienia, która nazywa konkretny kraj, ogranicza z kolei miejsce, nie własność: wymóg przechowywania w konkretnym kraju da się spełnić także po stronie wynajmu.
Serwery, hosting i opieka w UE — we Frankfurcie, Helsinkach lub Rydze, z monitoringiem 24/7. Pełne zarządzanie: aktualizacje, bezpieczeństwo i wydajność, automatyczne kopie zapasowe z testowanym odtwarzaniem, certyfikaty SSL, CDN i ochrona przed DDoS. Przenosimy z obecnego hostingu bez przestoju i skalujemy według obciążenia.